SMUG. Gdy graffiti wchodzi na kosmiczny poziom.

Graffiti jakie można było spotkać w Nowym Jorku kilka dekad temu to krok milowy w manifestacji buntu. Dziś kilkadziesiąt lat później sztuka miejska niekoniecznie musi komunikować nam przynależność do konkretnej grupy czy miejsca. Street art czy samo graffiti może być po prostu punktem łączącym świat wielkiej sztuki ze światem zbuntowanych małolatów, biegających gdzieś z puszką farby.

A czasami może po prostu być odskocznią od szarości dnia codziennego.

I o ile o innych światowej klasy grafficiarzach czy street artystach mogę powiedzieć wiele i godzinami rozpisywać się nad ich warsztatem, historią itp. o tyle o bohaterze dzisiejszej publikacji nie wiem za wiele.

Urodził się podobno gdzieś w Szkocji, ale moim skromnym zdaniem przybył do nas z zupełnie innej planety mieszczącej się gdzieś w oddalonej o lata świetlne galaktyce. Połączenie jego wyobraźni i warsztatu jest na tak kosmicznym poziomie, że trudno znaleźć kogoś kto dorówna mu skillsami.

Inni szanowani i znani w każdej szerokości geograficznej artyści są rozpoznawalni głównie ze względu na sposób tworzenia swoich dzieł. Wiadomo, że Banksy = szablony. Invader = ceramiczne mozaiki. ROA to monochromatyczne zwierzaki. A Smug? A smug to puszki z farbą i nieograniczona wyobraźnia. Jest świetny zarówno w tworzeniu literek jak i niesamowicie dopracowanych charakterów. W jego pracach każdy detal jest na wagę złota.

autor: Kacper Korzeniewski