„Nice Guys” – recenzja

Pamiętacie “Zabójczą broń?” Jeśli tęskniliście za komediowymi przygodami dwóch nierozgarniętych panów, to Shane Black jak zwykle ma dla Was coś dobrego. Tym razem to Jackson Healy (Russell Crowe) i Holland March (Ryan Gosling) udają “Równych gości”, czyli detektywów, którzy po burzliwych początkach znajomości, w końcu zdecydują się współpracować ze sobą w poszukiwaniu młodej dziewczyny. W odróżnieniu od ich codziennych, mało skomplikownych zajęć, ta sprawa okaże się mieć podwójne dno… Tłem są kiczowate lata 70., oraz sprawdzony miks: biznes porno, korupcja, morze alkoholu i kaskada złamanych przepisów. Wszystko to, doprawione rozbrajająco prostym humorem, tworzy przepis na udany seans.

Niekwestionowaną gwiazdą tego filmu jest Ryan Gosling, który po raz pierwszy pokazał prawdziwe oblicze aktora komediowego. Nie zapomniałam o jego roli w “Kocha, Lubi, Szanuje”, po prostu w “Nice Guys” otrzymujemy popis talentu Goslinga w całej okazałości. Pościgi kończące się kraksą, pływanie w basenie z “syrenami”, przerzucanie trupa przez płot, czy też nieumiejętny flirt zakończony upadkiem z balkonu, to tylko niektóre z zapadajacych w pamięć scen z jego udziałem. Nie sposób nie pokochać tej postaci.

TNG_Day_#27_12032014-201.DNG

Russell Crowe w roli nieco podniszczonego życiem wykidajły również wypada bardzo przekonująco. Partnerzy dobrze uzupełniają się na ekranie, przez co z przyjemnością towarzyszymy im w serii pozornie przypadkowych zdarzeń, które w końcu doprowadzą ich do rozwiązania zagadki. Zabawane utarczki słowne pomiędzy Równymi Gościami oraz szybkie tempo akcji to główne atuty tego filmu.

Udanym zabiegiem jest fakt wrzucenia w sam środek akcji również nieletniej córki Marcha, Holly, która towarzyszy bohaterom przez większość śledztwa. W tej roli Angourie Rice, której wyluzowana postać dodaje filmowi szczypty disneyowskiej błazenady. Nie jest ona jedynie uroczym ozdobinikiem – często to właśnie ona łączy poszczególne tropy w jedną, spójną całość. Niejednokrotnie też ratuje skórę panom, którzy ciągle sprowadzają na siebie kłopoty.

Slapstick’owy klimat sprawia, że mimo ścielącego się gęsto trupa nie bierzemy tego filmu na serio, a na ekran patrzymy z przymróżeniem oka. Dajemy się ponieść chaotycznej pogoni duetu za kolejnymi wątkami intrygi. Dobrze dobrany soundtrack oraz urok lat 70. od pierwszych minut wprowadzają nas w łobuzerską atmosferę filmu. Nie do końca mamy pewność, że detektywi wiedzą co robią, ale ogląda się ich z przyjemnością. Sądząc po zakończeniu, możemy się spodziewać kontynuacji nieumiejętnych zmagań Marcha i Healy’ego w najbliższej przyszłości.

maxresdefault

Mimo że nie da się nie zauważyć ewidentnych podobieństw do starszego brata filmu, czyli “Zabójczej broni”, to myślę, że Blackowi udało się to odświeżenie tematu sprzed lat. Nie jest to nowa koncepcja, a raczej dobrze odgrzany kotlet, trochę “upieczony” na miarę dzisiejszych potrzeb oglądajacych. W końcu nowe pokolenie również zasługuje na dawkę oldschool’owej jazdy bez trzymanki, bez której nie mogłoby się obejść kino akcji.

 

Autor: Justyna Rudzińska

Użyte tagi