Kobiety – o co im chodzi z tymi butami?

Temat idealny dla takiej osoby jak ja. Dlaczego? Bo jestem kobietą to raz. Dwa, mam w sumie całkiem sporo butów. Aktualnie jest ich nieco ponad 50 par, mowa tu o samych sneakersach. Należę do tego odłamu kobiet, które szpilki odkładają na troszkę dalszy plan. Cztery pary mi wystarczają, raz na jakiś czas mam chęć kupić kolejną, a właściwie cieliste, czerwone i czarne mogłyby stanowić wystarczający zestaw. Zupełnie odwrotnie jest z kolei ze sportowymi.

11953058_887269331308941_5625176305775177376_n

Kiedyś było tak – jedna para sportowych, jedna para eleganckich i nosisz do zdarcia. Ja też przez to przechodziłam za dzieciaka. Jednak od małego byłam uczona, że lepiej zainwestować trochę więcej i kupić porządne, skórzane buty niż byle co na jeden miesiąc. Mimo to nadal jest sporo kobiet, którym dwie, trzy pary butów niezależnie od ich charakteru (czy to obuwie eleganckie czy sportowe) w zupełności wystarczą. No i okej. Może wolą więcej wydać na kosmetyki, albo odkładają na egzotyczne podróże czy tak zwaną „czarną godzinę”.

Kurczę, czasami tak sobie myślę-fajnie byłoby chociaż w jednym miesiącu nie pomyśleć o zakupie kolejnej pary. Fajnie byłoby wydać więcej pieniędzy na coś zupełnie innego. I tak sobie siedzę. Rozmyślam. Tak! Właśnie tak zrobię! Starczy na razie tych butów, kurczę no ile można, jeszcze trochę i będę miała parę na każdy dzień przez dwa miesiące. Jestem z siebie dumna, odłożę trochę więcej niż zwykle. NARESZCIE!

Po czym odpalam kolejny portal streetwearowy, przeglądam kolejne newsy butowe (co jest silniejsze ode mnie i jednak stanowi część moich działań, którą wręcz muszę śledzić), oglądam zdjęcia i… „ooo shit kiedy one mają premierę?! Gdzie będą dostępne?! Ile będą kosztować?! BIORĘ!!!”.

No i postanowienia w ten sposób szlag jasny trafia. W sumie już mnie to kompletnie nie dziwi. Miesiąc bez nowych butów miesiącem straconym. Wcale to nie jest tak, że każdego dnia noszę inną parę. Generalnie wyciągam z pudełek kilka par butów i przez jakiś czas noszę je zamiennie. Dzieje się tak dlatego, że gdy mam buty schować z powrotem do kartonu to najpierw muszę je wyczyścić. No ale kiedy? Przecież nie mam na to czasu by co tydzień buty czyścić. Szczególnie, że to zajęcie zajmuje u mnie minimum godzinę.

07d220df6ead141c608eab123e1e7514

Wyprzedzę pytanie niektórych z Was i odpowiem po raz kolejny dla tych, którzy już mi je zadawali. Tak, mam pary, których nie miałam nigdy na nogach. Ba, mam pary, których nawet nie mierzyłam, kupiłam w ciemno i tak od dwóch lat leżą w kartonie. Owszem, mam pary, o których kompletnie zapominałam i przypomniałam sobie na przykład po pół roku.

Generalnie złapałam się już kilka razy na tym, że kupuję buty nie dlatego, że jakoś strasznie mi się podobają, są mega funkcjonalne lub będą pasować mi do tej różowej spódniczki w żółto-zielone grochy z miętowym zameczkiem. Albo do skarpetek w granatowe kwiatki (no dobra, pod skarpetki też kupowałam buty…). Zazwyczaj kupuję je dlatego, bo zwyczajnie muszę je mieć. Bo jest to jakieś konkretne wydanie, którego nie mam. Bo jest to marka, której jeszcze nie posiadam, a od dawna chciałam ją mieć w swojej kolekcji. Bo mają taki a nie inny system i chcę go przetestować. A to znowuż dlatego, że ich kształt jest nietypowy, albo od dłuższego czasu planowałam zakupić ten konkretny model. Powodów jest wiele, a jeszcze więcej nowości do kupienia. Nie potrafię tego wyjaśnić w zadowalający niektóre osoby sposób by charakteryzowało się to zdrowym rozsądkiem. Obstawiam, że połowa z Was pomyśli, że to już jest choroba. Potwierdzam, to nie jest normalne, lecz z tą nienormalnością w sumie żyje mi się spoko.

13282755_1099725036755239_1515423166_o

Tak to jest konkretnie u mnie, ale jak może być u kobiet ogólnie? Oczywiście nie należy generalizować szczególnie, że wyżej wspomniałam o kobietach, którym do szczęścia na prawdę nie jest potrzebne więcej niż dwie pary butów, ale nie oszukujmy się. Zapewne zdecydowana większość z nas buty lubi i kupuje je częściej niż raz na pół roku. Dlaczego tak się dzieje?

Pierwszym powodem, który zapewne większość z nas by wskazała jest zwyczajna chęć poprawienia sobie humoru. W pracy kołchoz, w szkole zapieprz, trzeba poprawić sobie nastrój i przez chwilę się odprężyć. Pewnie, że w tym momencie poszłoby się na zabiegi kosmetyczne i porządny masaż, a później zeżarło wiadro lodów z zapewnieniem, że nic nie pójdzie w boczki. Lecz później największą frajdę sprawią nowiutkie, piękne błyszczące dwunasto centymentrowe szpile, najlepiej od Louboutina, których znając życie albo nigdy nie założymy na żadne większe wyjście, bo po pierwszych dwustu metrach będziemy mieć dość, albo w najlepszym wypadku zmienimy na płaskie cichobiegi już w połowie imprezy. Lub też pachnące nowością sportowe, wygodne buty, które cudownie będą prezentowały się z tymi jasnymi jeansami. No niebo.

Drugim powodem jest chęć posiadania w swojej szafce całej gamy kolorystycznej. Nieważne czy to są sandały,  japonki, baletki, szpilki czy też trampki. Od białego przez ecru i kanarkowy, przechodzący w lawendowy, później chabrowy, a skończywszy na graficie i czerni. Tak, że otwierasz szafę i rzygasz tęczą. No cóż. Przynajmniej zażegnany jest problem w momencie gdy pod wpływem chwili kupi się bluzkę w sraczkowatym kolorze, bo w sumie taki jest modny, albo Zośka kupiła taką samą to nie będę przecież gorsza. W każdym razie zawsze w całej tej tęczy w pewnym momencie na sraczkowate buty też się natkniemy.

buty_15

Skoro już mowa o tej Zośce to wyklarował się kolejny powód. Wchodzisz na fejsa, a tam Zośka wrzuca zdjęcie swoich stóp w nich. W sumie nie są jakieś zajebiste, w sumie średnio Ci się podobają. Właściwie to nigdy nie pomyślałabyś by je kupić, bo do niczego Ci nie pasują… No ale jak Zośka je ma to cholera jasna i Ty musisz, bo przecież świat się skończy jak ta lafirynda będzie mieć, a Ty nie. Proste.

Kolejna przyczyna ciągle rosnącej w siłę szafy na buty? Idziesz na zakupy, bo musisz kupić bluzkę. Oczywiście podoba Ci się jakaś w jakimś totalnie abstrakcyjnym kolorze, ale innej nie kupisz, bo…bo nie. Więc stwierdzasz, że musisz dokupić i szorty. Kupujesz te szorty, więc masz już jakiś fajny secik. No dobra, ale boso chodzić nie będziesz, prawda? No i pyk, pięć stówek na buty i cała stylizacja skręcona. To nic, że poszłaś po bluzkę, która kosztowała stówkę, a wróciłaś jeszcze z szortami, nowymi butami i 2,34 zł na koncie. ALE JESTEŚ UBRANA JAK NALEŻY. Bo tak to bluzeczka by na półce tylko leżała. Kompletnie bez sensu.

Następnie – trendy. W zeszłym sezonie modne były sandały rzymianki, niewygodne jak cholera, tu się wpija, tam sznurek haczy, jeszcze gdzie indziej koralik uwiera, ale kupisz, no bo modne. Białe AF1, koniecznie wysokie, dwa lata temu na lato – obowiązek. To nic, że na zewnątrz +35 stopni, stopa gotuje się jak w rosole, najlepiej to już łaź w tych butach od rana do nocy, bo nie daj Boże ściągniesz but to sąsiedzi w narkozie. W kolejnym sezonie modne będą kalosze na obcasie w kształcie klocka i też kupisz. Bo w modowym magazynie napisali, że to hit sezonu.

I jeszcze jeden powód! Facet. Powie Ci, że w tych szpilach wyglądasz jak bogini seksu, jak Irina Shayk w reklamie bielizny Intimissimi, jak Rihanna na Barbadosie, no bo łydka i tyłek do schrupania, więc jak tu ich nie kupić? Nieważne, że masz w nich lęk wysokości, ważne, że Zdzisiek powiedział, że ładne.

33E5724F00000578-3576954-image-a-83_1462538618801

Kobiet czasami nie zrozumiesz, a jeśli rozumiesz lub nawet zwyczajnie akceptujesz to jesteś facetem, którego ze świecą szukać należy. To często jest silniejsze od nas. A ja? Lubię zbierać te perełki. Jedni zbierają znaczki, inni pocztówki czy magnesy na lodówkę. Ja zbieram buty. I czekam na moment kiedy w moim domu będę miała trzy oddzielne pokoje. Jeden na ubrania, drugi na stroje i buty treningowe, a trzeci na sneakersy. Byłoby cudownie.

Autor: Ylon