Od graffiti do kaligrafii. Wywiad z Martinem Schmetzerem

Jaram się kaligrafią. Jaram się typografią. Jaram się graffiti. Krótko mówiąc – jaram się literkami i tym wszystkim co można z nich wyczarować, jeśli ma się odpowiednio dużo wyobraźni i jeszcze więcej skillsów. Pod koniec lat 90 miałem wybazgrolone wszystkie szkolne zeszyty. Po lekcjach wieczorami biegałem z markerami i puszkami z farbą po osiedlu zostawiając po sobie ślad, który bardzo szybko znikał. Może dziś nie do końca jestem z tego wszystkiego dumny, głównie z tego powodu, że poziom moich prac był mega słaby… No ale to kawałek mojej historii i to ten kawałek, który w dużym stopniu mnie ukształtował.

To dlatego dzisiaj tak bardzo jaram się każdym elementem sztuki miejskiej. To dlatego z wypiekami na twarzy wypatruję coraz to nowych prac ulubionych artystów. No i tak przeglądając kiedyś internet w poszukiwaniu czegoś ciekawego – trafiłem na prace, które mnie powaliły na kolana.

Połączenie kaligrafii, typografii i graffiti w jednym miejscu to coś, co nie może być słabe. Mowa o pracach Martina Schmetzera, który jest niezwykle uzdolnionym ilustratorem, który swoją zawodową i nie tylko pracę związał z kaligrafią/typografią. Mówiąc krótko, gość rysuje literki i wychodzi mu to nieprawdopodobnie dobrze. Charakteryzuje go bardzo wysoki poziom dbałości o detale i szczegóły. Pracuje dla Skandynawskiej agencji Popill i dla Red Ape z Australii.

1

Jako, że zawsze staram się obcować z ludźmi, którzy mnie w jakiś mniejszy lub większy sposób inspirują, postanowiłem zagadać do Martina i zadać mu kilka pytań.

Kacper: Czy to co robisz nadal jest dla Ciebie pasją czy czasami gdy deadliny cisną czujesz, że to staje się przykrym obowiązkiem?

Martin: Prawie wszystkie zlecenia staram się traktować jak zabawę. Oczywiście część jest trudniejsza i bardziej stresuję niż inne, ale nadal jest to pasja.

K: Co było pierwsze – graffiti czy kaligrafia?

M: Oczywiście graffiti. Odkryłem graffiti mając 12 lat. Jako writer zawsze przywiązywałem wagę do symetrii w moich literach. Ta drobiazgowość do liter chodziła za mną do tego czasu, aż przekułem to na obecną pracę i design logo.

K: Miałeś jakieś nieprzyjemne sytuacje w związku ze swoją pierwotną pasją? (graffiti)?

M: Nie, ale nigdy też nie malowałem pociągów ani innych ryzykownych spotów.

K: Co daje Ci więcej frajdy – graffiti czy literki na papierze?

M: Ciężko powiedzieć. Graffiti daje więcej satysfakcji bo lubię patrzeć na moje litery jak są duże. Z drugiej strony, gdy siadam do pustej kartki i widzę jak coś powstaje z niczego…

K: Ile czasu zajmuje Ci przygotowanie projektu i z jakich elementów się składa?

M: Szkicowanie jest dla mnie najważniejsze. Zawsze zaczynam rysować odręcznie przy pomocy długopisu i kartki, dopiero potem przenoszę to do komputera. Z oprogramowania używam Illustratora. Zabawne jest to, że pracując na komputerze nie używam tabletu, a wszystko co robię wykonuję za pomocą małego gładzika na moim macbooku.

2

K: Przy jakim najdziwniejszym zleceniu pracowałeś w swojej karierze?

M: W sumie nie wiem, ale miałem kiedyś zlecenie na zrobienie węża z okazji pogrzebu jednego z członków Kalifornijskiego gangu. Niestety nic z tego nie wyszło.

K: Jak długo się uczyłeś zanim doszedłeś do obecnego poziomu?

M: Jestem samoukiem ale rysuje litery już od 18 lat.

K: Jakiej rady możesz udzielić komuś, kto dopiero zamierza zacząć zabawę z typografią?

M: Z własnego doświadczenia – zacznij robić graffiti. to dobra droga do eksperymentowania z alfabetem i uczenia się jak litery łączą się ze sobą. Nie musisz przestrzegać żadnych złotych zasad. Czysta zabawa z kręceniem i wywijaniem liter. No i zawsze z tego powstaje coś unikalnego.

K: Jaki projekt uważasz za największy sukces i dlaczego?

M: Dobry projekt to dobrze płatny projekt (śmiech). Ale bardzo dużo czasu wymaga sprawienie by moje litery i ilustracje zadowoliły klientów. Dlatego sukcesem jest gdy klient daje mi wolną rękę przy projektowaniu.

K: Skąd czerpiesz inspirację?

M: Z każdego miejsca. Bardzo inspirują mnie tagi graffiti i marki spożywcze.

K: Jakie zlecenie byłoby spełnionym marzeniem?

M: Chciałbym zrobić identyfikację wizualną dla dużego, międzynarodowego producenta piwa. Tak że wejdę sobie do lokalnego baru w Szwecji i kupię. (śmiech).

4

K: Masz jakieś życiowe motto, którego się trzymasz?

M: Pracuj ciężko i bądź miły dla ludzi.

K: Jakich artystów cenisz najbardziej i za co?

M: Moi ulubieńcy to Aaron Horkey i David A Smith, ale nie chciałbym z nimi współpracować tak naprawdę.

K: Czy od razu spodziewałeś się, że Twoja pasja stanie się drogą zawodową?

M: Gdy zaczynałem była to tylko zajawka, dopiero potem stała się też profesją.

7

Więcej na temat Martina możecie dowiedzieć się śledząc jego profil ma Facebooku lub ze strony

autor: Kacper Korzeniewski