Byliśmy na filmie „Osobliwy dom Pani Peregrine”

 

Osobliwy dom Pani Peregrine to kolejne rozczarowanie ze strony Tima Burtona. Ten film przypomina źle poskładane puzzle: część elementów jest wciśnięta na siłę, części po prostu brak. Zwłaszcza, jeśli porównać najnowsze dzieło do wcześniejszych pozycji w dorobku reżysera. Niegdyś specyficzną cechą jego stylu było kreowanie kompletnych, żywych światów, pełnych pieczołowicie zaprojektowanych detali. Pewnie każdy z nas pamięta charakterystyczne spotkania z Gnijącą Panną Młodą (2005), Jeźdźcem Bez Głowy (1999) czy Edwardem Nożycorękim (1990). Niestety, najnowszy film Burtona nie umywa się do tych perełek.


Głównym bohaterem jest Jake (Asa Butterfiled), którego zwyczajne życie przerywa niespodziewana (i zagadkowa) śmierć dziadka. Zdarzenie, którego jest świadkiem nie daje mu spokoju. Postanawia w związku z tym odkryć korzenie swojej rodziny. W poszukiwaniu domu dziecka, w którym niegdyś żył jego dziadek, trafia na szkocką wyspę. Na miejscu okazuje się, że opowieści dziadka o fantastycznych mieszkańcach domu Pani Peregrine były prawdziwe. Jake poznaje żyjące w nim dzieciaki o niebywałych zdolnościach. Wkrótce okazuje się, że będą potrzebowały one jego pomocy…

osobliwy-dom-pani-peregrine-recenzja

Tak w skrócie przedstawia się fabuła. Gdybym miała porównać do czegoś swoje wrażenia w trakcie filmu, myślę że dobrym wyborem było by ciastko, które po kilku gryzach okazuje się być pełne rodzynek. A miało być tak pięknie!
Bohaterzy filmu są jednowymiarowi, brak im charakteru, a cechy, które miały wyróżniać ich na tle “zwyczajnych” ludzi są po prostu nudne. Może nie byłyby tak mdłe gdyby zostały porządnie rozwinięte i wplecione mocniej w kręgosłup opowieści. 


Słabą stroną tej produkcji wydają się stylistyczne zapożyczenia, momentami bardzo wyraźne, jak w przypadku Pustaków, czyli potworów, których ulubionym przysmakiem są dziecięce gałki oczne (patrz: Slenderman). Relacje między postaciami są płaskie i niedopracowane. Dosłowny do bólu podział na “dobrych” i “złych” wydaje mi się przeterminowany. Z chęcią obejrzałabym współczesną, pełną odcieni szarości postać, która miałaby kilka twarzy. Rozczarują się też Ci, którzy liczyli na wyjątkową interpretacje Panny Peregrine, w którą wcieliła się Eva Green. To kolejna wysmakowana estetycznie postać, łudząco przypominająca wcześniejsze role aktorki.

Zasłonę milczenia należy spuścić na cały nielogiczny zgiełk, którym poczęstowano widza w drugiej połowie filmu. Nieudolne cięcia montażowe były odpowiedzialne za powracające uczucie nieścisłości fabuły. Kilkukrotnie miałam wrażenie, że sporo materiału musiało zostać “wycięte” z tego filmu. Przypieczętowaniem złego gustu twórców, była finałowa scena bitwy na molo, która  szybko zmieniła się w cukierkową jatkę na tle koszmarnie niedopasowanej muzyki. Banalne rozwinięcie, nielogiczne sceny, wymuszone relacje w “Osobliwym domu Pani Peregrine” oraz końcowa scena bitwy to kolejny dowód na to, że Tim i jego ekipa ugrzęźli w sektorze niezbyt ambitnych produkcji dla dzieciaków.


Autor: Justyna Rudzińska