5 kolaboracji Vansa, których mamy nadzieję kiedyś doczekać

Kiedy tylko dowiedziałem się, że jeszcze w tym roku na rynku pojawią się buty Vans x Toy Story, pomyślałem sobie… Panie Vans, Pan druha we mnie masz. Nawet jeżeli nie znajdę nigdy okazji do wyświetlenia się w nich na mieście, to takie buty z niekłamaną przyjemnością schowam do szafy na później. Oglądając z moją przyszłą pociechą bajki, które pewnie kiełkują dopiero w głowach bajkopisarzy z Cartoon Network, westchnę głęboko: „boże, dlaczego”, po czym odnajdę swoją parę Vansów z napisem Andy na podeszwie i załkam cichutko. Włączę Toy Story i poczuję się, jakbym znów rozpakowywał prezent z kasetą VHS w środku i zaśpiewam głośno tak:

Pomyślałem sobie, że skoro już Vans wydaje buty, na które czekałem i spełnia moje marzenia, to urządzę sobie koncert życzeń i przedstawię Wam pięć moich propozycji co do następnych kolaboracji. Kolejność nieprzypadkowa.

5. Vans x Yattaman

Na miejscu ostatnim propozycja najmniej prawdopodobna do zrealizowania. Wyobraźmy sobie jednak, że jakimś cudem dostajesz od ziomka pytanie:

– Ty, co Ty masz za buty? To z jakiejś bajki?
– Tak, to Yattaman.
– Aaaa no tak, gimby nie znają! Oglądałem, wiadomo, propsuję.

Kto z Was pamięta, jak wyglądała Yatta-Ryba? Albo Yatta-Pelikan? Nie wspomnę o tekście piosenki z intra.

„Bywa tu, bywa tam, bywa też gdzie indziej”. Prawdziwy obieżyświat, ten nasz Yattaman.

4. Vans x Muminki

Moja ulubiona dobranocka, do której podjazdu nie miały ani Smurfy, ani Gumisie, ani nawet niedzielne mieszanki Disneya.

Kiedy dolinę muminków atakowały Hatifnaty, czyli białe, wąsate kondomy, uciekałem do drugiego pokoju. Kiedy pod chatę muminków podchodziła Buka, chowałem się w szafie w drugim pokoju. Nigdy nie obejrzałem całego odcinka o Statku Widmo, bo uciekałem na podwórko.

Ale pamiętam też odcinki, które oglądałem setki razy. Na przykład ten o wielkiej, dyniowej uczcie, wyrządzonej przez Mamę Muminka. Albo o Feniksie, który powstał z popiołu. Albo o! Chochlika uwięzionego w drzewie też pamiętam, nie zapomnę. Zastanawiam się tylko, kogo wrzucić na buty. Ryjek, czy Bobek?

3. Vans x Power Rangers

Moje kasety najbardziej dojeżdżane były przez mecze Ligi Mistrzów i Power Rangers właśnie. Do dzisiaj pamiętam, że ciotka wpadła do nas na kawę akurat w trakcie odcinka, w którym rodził się Biały Wojownik. Ku mojej rozpaczy okazało się, że na końcu pojawił się napis „TO BE CONTINUED”. Coby złagodzić nerwy i niewyobrażalne emocje, chciałem obejrzeć rzeczony odcinek raz jeszcze, tuż po obejrzeniu go po raz pierwszy. Ale nie! Ciotka przyjechała na kawę, dorośli chcą pogadać i obejrzeć modę, kurwa, na sukces. Takich rzeczy się nie zapomina.

Swoją drogą, to druga po Tygrysiej Masce bajka, na którą dostałem od rodziców nielimitowanego bana. W nocy śniły mi się koszmary, darłem japę i majaczyłem coś o kitowcach. Cóż, musiałem oglądać po kryjomu.

Pamiętam też, że miałem przez Power Rangers spory przypał w podbazie. Pewnej przerwy postanowiliśmy zabawić się w kolorowych wojowników, czyli najzwyczajniej w świecie ponadupcać się nieco przed przyrką. Do ustalenia pozostała jedynie bardzo istotna kwestia…

– Ja jestem czerwony – wyprzedził mnie jakiś ziomek, którego losów nie znam i zbytnio mnie nie interesują.
– Ej, ja chcę być czerwony! Ty byłeś czerwonym wczoraj! – odpowiedziałem pewien swoich racji. Należał mi się tytuł czerwonego jak psu buda.
– Nie, ja byłem pierwszy – szedł gościu w zaparte.
– TO SPIERDALAJ – odpowiedziałem, po czym facetka złapała mnie za ucho i wytargała do wychowawczyni. Stała za mną i wszystko słyszała. To się pobawiłem…

Mógłbym tu wymienić jeszcze dziesiątki historii, ale przekaz jest jeden – Power Rangers to klasyk mojego, ale i też zapewne Waszego dzieciństwa. A kto nie kochał się po cichu w Różowej Wojowniczce, niech pierwszy rzuci komentarzem.

2. Vans x Dragon Ball

9/10 pismaków postawiłoby zapewne DB na miejscu pierwszym. Nie było drugiej bajki za mojego żywota, która wypędzałaby małolatów z podwórka na chatę. Jeżeli ktoś wychodził z domu o godzinie Dragon Balla, to:

– nie miał kolegów i szukał ich o złym czasie,
– miał kolegów, ale wszyscy się z niego śmiali, bo nie oglądał Dragon Balla,
– dostał bana od rodziców za darcie japy przez koszmary nocne.

Innych opcji nie było. Idę o zakład, że co najmniej jeden z Waszych znajomych ogląda dzisiaj nowe odcinki z wypiekami na twarzy.

1. Vans x Tsubasa

Załóżmy, że takie buty powstają i setka z nich pojawia się w Polsce – dajmy na to, na Chmielnej. Co robię? Rzucam wszystko w cholerę i jadę kampić tydzień przed premierą.

Pierwszego dnia rozbijam namiot. Na High Society pojawia się pierwsze moje zdjęcie.
Drugiego dnia Warszawianie not into streetwear zaczynają googlować „WSS PREMIERY”.
Trzeciego dnia zaczynają napływać dary losu. Otrzymuję donuty, gorącą kawę i wódkę od przechodzącego sztajmesa, bo „wyglądam na kogoś, kto powinien się napić”.
Czwartego dnia przyjeżdża Filip Chajzer i robi ze mną wywiad do Dzień Dobry TVN.
Piątego dnia ktoś z WSS wywiesza listę, na której znajduje się tylko moje nazwisko.
Szóstego dnia dostaję od Adidasa koszulkę z TSUBASA 10 na plecach.
Siódmego dnia odpalam na Youtubku pierwszy odcinek Kapitana Jastrzębia i spędzam cały dzień zamknięty w namiocie.
W dniu premiery kupuję buty, par dwie. Jedna dla mnie, druga dla wspomnianego wcześniej potencjalnego synka. Obydwie stawiam na półce obok Vans x Toy Story.

Jeżeli po obejrzeniu Tsubasy próbowałeś z ziomkiem wykonać wspólnie rzut wolny, to zbijam Ci wielką piątkę. I przypominam, że nie tylko Ty wzorowałeś się na najlepszych:

W moim przypadku do Tsubasy podjazdu nie ma żadna bajka. Od Mundialu w 1998 mój świat w mniejszym lub większym stopniu kręci się wokół piłki, więc odpalając intro kreskówki czuję się, jakbym tripił po member berries. Kocham piłkę nożną, kocham Tsubasę, a i Vansa pokocham miłością bezgraniczną, jeżeli takie collabo kiedykolwiek ujrzy światło dzienne.